niedziela, 6 października 2013

Kolaboranci żydowscy w czasie II wojny światowej (cz.2)



Szowiniści żydowscy otwarcie wyrażali zadowolenie z tego, że zostały utworzone getta na okupowanych terenach polskich, do których zagnano całą ludność żydowską. Widzieli w nich namiastkę państwa żydowskiego, o której marzyli już od początków powstania ruchu syjonistycznego.
Pamiętać musimy o idei syjonistów utworzenia Judeopolonii, którą podczas pierwszej wojny światowej próbowali zainteresować Niemców. Ba, nawet w czasie II wojny światowej, gdy w 1939 roku po zajęciu Polski Niemcy zastanawiali się, co uczynić z Żydami polskimi i padł pomysł utworzenia „rezerwatu” dla Żydów na terenie byłego województwa lubelskiego, to znaleźli się Żydzi, którzy taki projekt poparli, widząc w nim urzeczywistnienie powstania państwa żydowskiego z części ziem polskich.(V. Żabotyński, „The Jevish War Front, London”, 1940).
Już we wrześniu 1939 r., gdy w Polsce toczyła się jeszcze kampania wojenna, żydowscy mieszkańcy wielu polskich miast i miasteczek witali uroczyście wkraczające oddziały Wehrmachtu. Tak było m.in. w Łodzi i Pabianicach, gdzie z inicjatywy miejscowych Żydów zbudowano nawet ukwiecone triumfalne bramy, a delegacje witały niemieckich żołnierzy chlebem i solą. Taka postawa nie była niczym zaskakującym. Gdy zaczynała się wojna, spora część Żydów była przekonana, żeby odnaleźć się w nowej rzeczywistości, wystarczy jedynie respektować niemiecki porządek. Przyjęcie takiego punktu widzenia w oczywisty sposób nakazywało potępienie tego, co było wcześniej –przedwojennego polskiego państwa, które w ich ocenie nie było nawet w stanie się obronić. Jak złudne były to przekonania, Żydzi przekonali się gdy zamknięto ich w gettach, a władzę w nich przejęli kolaboranci żydowscy, którzy zorganizowali administrację oraz mieli do utrzymania porządku Żydowską Służbę Porządkową (Judischer Ordnungsdienst), zwaną potocznie policją żydowską.


Na początku istnienia gett, syjoniści żydowscy zajęli się zwalczaniem polskości i zaczęli dbać o wyrugowanie języka polskiego z administracji getta, szkół. Dużą aktywnością na tym polu wykazał się Efraim Sagan Szachno, który założył stowarzyszenie „Ikor”. Nawet sam Emanuel Ringelblum w swoich pamiętnikach z warszawskiego getta zawarł swoje oburzenie, że Judenrat jest siedliskiem wstrętnej asymilacji, gdyż 95% urzędników rozmawia z petentami po polsku. Na postawę Ringelbluma zareagował znany przedwojenny działacz gospodarczy i zwolennik asymilacji Abraham Gepner, który zarzucił Ringelblumowi brak lojalności wobec Polski i Polaków. Nie upłynie wiele czasu, gdy sam Ringelblum zacznie poddawać ostrej krytyce Judenraty, a szczególnie żydowską policję.
Postarajmy się zatem odświeżyć pamięć tym, którzy tak chętnie biją się w cudze piersi, a pomijają milczeniem lub zaciekle bronią przed ujawnieniem prawdziwego oblicza kolaborantów żydowskich. Należała do nich Żydowska Służba Porządkowa (Jüdischer Ordnungsdienst), która była najsprawniejszym narzędziem w rękach Niemców i Judenratów. Aby uniknąć zarzutów stronniczości, ograniczę się tu do podania przykładów zaczerpniętych z żydowskich źródeł. Żydowski autor Baruch Milch tak pisał  o losach Żydów na byłych wschodnich kresach Rzeczypospolitej (woj. lwowskie i tarnopolskie):
„W każdym razie Judenrat stał się narzędziem w rękach Gestapo do niszczenia Żydów, a jak sami członkowie później się wyrażali, są „Gestapem na ulicy żydowskiej”. Powołali Ordnungsdienst  jako organ wykonawczy składający się z najgorszych elementów (…) w gruncie rzeczy Judenrat zaczął prowadzić politykę rabunkową w celu napełnienia własnych kieszeni, by tymi pieniędzmi przekupić władze i Gestapo, ale tylko w celu zabezpieczenia losu swoich i najbliższej rodziny. Nie znam ani jednego wypadku, żeby Judenrat bezinteresownie pomógł któremuś Żydowi (…). Do wykonania swoich niecnych czynów, jak ściąganie ogromnych podatków i nałożonych kontrybucji, łapanie do łagrów i napadów na domy żydowskie, Judenraty używały swojej Ordnungsdienst, której dawali procent z łupu, a ci ludzie w liczbie dziesięciu-piętnastu napadali na ludzi, bijąc w okrutny sposób, niszcząc i rabując, cokolwiek się dało, i to ze straszną bezwzględnością”.   (B. Milch, „Testament”, Warszawa 2001, s. 106-107).
W tej samej książce Milcha  na stronie 126-127 czytamy: „Judenrat załatwił z tymi mordercami, że do trzech godzin dostarczy im żądane trzysta osób. Sami Żydzi  musieli łapać i wydawać braci i siostry w ręce katów, którzy stali na placu folwarku, obok naszego mieszkania, i przyprowadzonych przyjęli pałkami albo nahajkami, a później wywieźli na rzeź do Bełżca (…) Judenratowcy i Ordnungsdienst, przy pomocy ukraińskiej policji i kilku Niemców, którym jeszcze zapłacono, by prędko pracowali, gonili po ulicach, jak wściekłe psy czy opętańcy, a pot się z nich lał strumieniami (…). Straszny to był widok, jak Żyd Żyda prowadził na śmierć (…)”.
Znany kronikarz warszawskiego getta Emanuel Ringelblum tak pisał o żydowskiej policji, o której roli w holocauście wielu historyków żydowskich jednak „zapomina”: „Policja żydowska miała bardzo złą opinię jeszcze przed wysiedleniem. W przeciwieństwie do policji polskiej, która nie brała udziału w łapankach do obozu pracy, policja żydowska parała się tą ohydną robotą. Wyróżniała się również straszliwą korupcją i demoralizacją. Dno podłości osiągnęła ona jednak dopiero w czasie wysiedlenia. Nie padło ani jedno słowo protestu przeciwko odrażającej funkcji, polegającej na prowadzeniu swych braci na rzeź. Policja była duchowo przygotowana do tej brudnej roboty i dlatego gorliwie ją wykonała. Obecnie mózg sili się nad rozwiązaniem zagadki: jak to się stało, że Żydzi – przeważnie inteligenci, byli adwokaci (większość oficerów [w policji żydowskiej – przyp. autora] była przed wojną adwokatami) – sami przykładali rękę do zagłady swych braci. Jak doszło do tego, że Żydzi wlekli na wozach dzieci i kobiety, starców i chorych, wiedząc, że wszyscy idą na rzeź (…). Okrucieństwo policji żydowskiej było bardzo często większe niż Niemców, Ukraińców, Łotyszy. Niejedna kryjówka została „nakryta” przez policję żydowską, która zawsze chciała być „plus catholique que le pape” [bardziej katolicka niż sam papież – przyp. autora]  by przypodobać się okupantowi. Ofiary, które znikły z oczu Niemca, wyłapywał policjant żydowski (…). Policja żydowska dała w ogóle dowody niezrozumiałej, dzikiej brutalności. Skąd taka wściekłość u naszych Żydów? Kiedy wyhodowaliśmy tyle setek zabójców, którzy na ulicach łapią dzieci, ciskają je na wozy i ciągną na Umschlag? Do powszechnych po prostu zjawisk należało, że ci zbójcy za ręce i nogi wrzucali kobiety na wozy (…)” (E. Ringelblum, „Kronika getta warszawskiego wrzesień 1939 – styczeń 1943”, Warszawa 1988, s. 426, 427, 428).
Baruch Goldstein, przed wojną współorganizator bojówek Bundu wspominając lata wojny, pisał bez ogródek: „Z poczuciem bólu i wstrętu wspominam żydowską policję, tę hańbę dla pół miliona nieszczęśliwych Żydów w warszawskim getcie (…). Żydowska policja, kierowana przez ludzi z SS i żandarmów, spadała na getto jak banda dzikich zwierząt.  Każdego dnia, by uratować własną skórę, każdy policjant żydowski przyprowadzał siedem osób, by je poświęcić na ołtarzu eksterminacji. Przyprowadzał ze sobą kogokolwiek mógł schwytać – przyjaciół, krewnych, nawet członków najbliższej rodziny. Byli policjanci, którzy ofiarowywali swych własnych wiekowych rodziców z usprawiedliwieniem, że ci i tak szybko umrą” (B. Goldstein, „The Star Bear Witness”, New York 1949, s. 66, 106, 129).
Klara Mirska, Żydówka, w swych wspomnieniach opisała w bardzo emocjonalnych słowach niegodziwości niektórych przedstawicieli środowisk żydowskich w czasie wojny. Opisała następującą historię obrazującą całkowitą znieczulicę Żydów, nawet wobec swoich bliskich: „Syn przewodniczącego Judenratu jednego z gett został skazany przez Niemców na śmierć. Przyprowadził go na egzekucję jego ojciec. On miał go powiesić w ciągu kilku minut. Gdyby tego nie uczynił, miał sam zostać powieszony. Taki niesamowity żart wymyślili Niemcy. Ojciec, któremu chęć pozostania przy życiu przysłoniła wszelkie uczucia miłości rodzicielskiej, zaczął poganiać syna. Czynił to na oczach rozbawionych Niemców i stojących w milczeniu przy tej scenie Żydów: „No, prędko rozbieraj buty! No, pośpiesz się, i tak ci nic nie pomoże”  (Wg K. Mirska, „W cieniu wielkiego strachu”, Paryż 1980, s. 447).
Bezwzględny osąd Judenratu i żydowskiej policji, zawarł w swoim dzienniku były dyrektor szkoły hebrajskiej w Warszawie Chaim A. Kaplan, gdzie nazwał wprost Judenraty „hańbą społeczności warszawskiej”, piętnując zbrodniczą działalność żydowskiej policji. Pisał w dzienniku: „Żydowska policja, której okrucieństwo jest nie mniejsze od nazistów, dostarczała do punktu przenosin na ulicy Stawki więcej niż było w normie, do której zobowiązała się Rada Żydowska (…). Naziści są zadowoleni, że eksterminacja Żydów jest realizowana z całą niezbędną efektywnością. Czyn ten jest dokonywany przez żydowskich siepaczy (Jewish slaughterers) (…). To żydowska policja jest najokrutniejszą wobec skazanych (…). Naziści są usatysfakcjonowani robotą żydowskiej policji, tej plagi żydowskiego organizmu (…). Wczoraj, trzeciego sierpnia, oni wyrżnęli ulice Zamenhofa i Pawią (…). SS-owscy mordercy stali na straży, podczas gdy żydowska policja pracowała na dziedzińcach. To była rzeź w odpowiednim stylu-oni nie mieli litości nawet dla dzieci i niemowląt. Wszystkich z nich, bez wyjątku, zabrano do wrót śmierci” (Por. “Scroll of Agony. The Warsaw Diary of Chaim A. Kaplan”, New York 1973, s. 384, 386, 389, 399). Na str. 231 swej książki Kaplan cytuje jakże gorzki ówczesny dowcip żydowski. Miał on formę krótkiej modlitwy: „Pozwól nam wpaść w ręce agentów gojów, tylko nie pozwól nam wpaść w ręce żydowskiego agenta”.
Tylko w warszawskim getcie służbę pełniło około 2500 żydowskich policjantów. W drugim co wielkości – getcie łódzkim było ich 1200, w getcie lwowskim zaś prawie 500. W skali całej okupowanej przez Niemców Polski mogło to być nawet kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Na co dzień członkowie Żydowskiej Służby Porządkowej dokonywali rekwizycji, łapanek i kierowali tysiące Żydów do transportów śmierci. Robili to z gorliwością i bezwzględnością niespotykaną wśród innych narodów. Czy może wśród cywilizowanych ludzi mieć miejsce takie zdarzenie, że ojciec i mąż wywleka swoją żonę i dwuletnie dziecko na pewną śmierć? A takie przypadki w gettach nie były wcale incydentalne. Ale byli także tacy, którzy nie zawahali się posłać na śmierć nawet swoich najbliższych. Anatol Chari – żydowski policjant w łódzkim getcie wepchnął do transportu śmierci swoją narzeczoną.
Calek Perechodnik – policjant w getcie w podwarszawskim Otwocku – umieścił w transporcie do Treblinki swoją żonę i dwuletnią córeczkę. Warto przytoczyć, co ten sam Perechodnik, skądinąd nienawidzący bez reszty Polaków, wypisywał na temat swych własnych kolegów z żydowskiej policji: „Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla policjantów żydowskich w Warszawie (…). Skamieniały im serca, obce stały się wszelkie ludzkie uczucia. Łapali ludzi, na rękach znosili z mieszkań niemowlęta, przy okazji rabowali. Nic też dziwnego, że Żydzi nienawidzili swojej policji bardziej niż Niemców, bardziej niż Ukraińców” (C. Perechodnik: „Czy ja jestem mordercą?”, Warszawa 1993, s. 112-113). Trzeba mieć specyficzne poczucie przyzwoitości i…Perechodnik je z pewnością ma.
Powyższe przykłady zaczerpnięte ze wspomnień samych Żydów pokazują, jaką rolę w eksterminacji Żydów odegrali sami Żydzi i nie były to jednostkowe przypadki, tylko zorganizowana i precyzyjnie administrowana działalność. A przecież dotychczas wspomniałem tylko o Judenratach i Judischer Ordnugsdienst, a przecież istniała również organizacja „Żagiew” i zorganizowane przez gestapo grupy tzw. „łapaczy”. O tym w następnych częściach.
Cdn

Ireneusz T. Lisiak

 Nacjonaliści żydowscy otwarcie wyrażali zadowolenie z tego, że zostały utworzone getta na okupowanych terenach polskich, do których zagnano całą ludność żydowską. Widzieli w nich namiastkę państwa żydowskiego, o której marzyli już od początków powstania ruchu syjonistycznego.
Pamiętać musimy o idei syjonistów utworzenia Judeopolonii, którą podczas pierwszej wojny światowej próbowali zainteresować Niemców. Ba, nawet w czasie II wojny światowej, gdy w 1939 roku po zajęciu Polski Niemcy zastanawiali się, co uczynić z Żydami polskimi i padł pomysł utworzenia „rezerwatu” dla Żydów na terenie byłego województwa lubelskiego, to znaleźli się Żydzi, którzy taki projekt poparli, widząc w nim urzeczywistnienie powstania państwa żydowskiego z części ziem polskich.(V. Żabotyński, „The Jevish War Front, London”, 1940).
Już we wrześniu 1939 r., gdy w Polsce toczyła się jeszcze kampania wojenna, żydowscy mieszkańcy wielu polskich miast i miasteczek witali uroczyście wkraczające oddziały Wehrmachtu. Tak było m.in. w Łodzi i Pabianicach, gdzie z inicjatywy miejscowych Żydów zbudowano nawet ukwiecone triumfalne bramy, a delegacje witały niemieckich żołnierzy chlebem i solą. Taka postawa nie była niczym zaskakującym. Gdy zaczynała się wojna, spora część Żydów była przekonana, żeby odnaleźć się w nowej rzeczywistości, wystarczy jedynie respektować niemiecki porządek. Przyjęcie takiego punktu widzenia w oczywisty sposób nakazywało potępienie tego, co było wcześniej –przedwojennego polskiego państwa, które w ich ocenie nie było nawet w stanie się obronić. Jak złudne były to przekonania, Żydzi przekonali się gdy zamknięto ich w gettach, a władzę w nich przejęli kolaboranci żydowscy, którzy zorganizowali administrację oraz mieli do utrzymania porządku Żydowską Służbę Porządkową (Judischer Ordnungsdienst), zwaną potocznie policją żydowską.
Na początku istnienia gett, syjoniści żydowscy zajęli się zwalczaniem polskości i zaczęli dbać o wyrugowanie języka polskiego z administracji getta, szkół. Dużą aktywnością na tym polu wykazał się Efraim Sagan Szachno, który założył stowarzyszenie „Ikor”. Nawet sam Emanuel Ringelblum w swoich pamiętnikach z warszawskiego getta zawarł swoje oburzenie, że Judenrat jest siedliskiem wstrętnej asymilacji, gdyż 95% urzędników rozmawia z petentami po polsku. Na postawę Ringelbluma zareagował znany przedwojenny działacz gospodarczy i zwolennik asymilacji Abraham Gepner, który zarzucił Ringelblumowi brak lojalności wobec Polski i Polaków. Nie upłynie wiele czasu, gdy sam Ringelblum zacznie poddawać ostrej krytyce Judenraty, a szczególnie żydowską policję.
Postarajmy się zatem odświeżyć pamięć tym, którzy tak chętnie biją się w cudze piersi, a pomijają milczeniem lub zaciekle bronią przed ujawnieniem prawdziwego oblicza kolaborantów żydowskich. Należała do nich Żydowska Służba Porządkowa (Jüdischer Ordnungsdienst), która była najsprawniejszym narzędziem w rękach Niemców i Judenratów. Aby uniknąć zarzutów stronniczości, ograniczę się tu do podania przykładów zaczerpniętych z żydowskich źródeł. Żydowski autor Baruch Milch tak pisał  o losach Żydów na byłych wschodnich kresach Rzeczypospolitej (woj. lwowskie i tarnopolskie):
„W każdym razie Judenrat stał się narzędziem w rękach Gestapo do niszczenia Żydów, a jak sami członkowie później się wyrażali, są „Gestapem na ulicy żydowskiej”. Powołali Ordnungsdienst  jako organ wykonawczy składający się z najgorszych elementów (…) w gruncie rzeczy Judenrat zaczął prowadzić politykę rabunkową w celu napełnienia własnych kieszeni, by tymi pieniędzmi przekupić władze i Gestapo, ale tylko w celu zabezpieczenia losu swoich i najbliższej rodziny. Nie znam ani jednego wypadku, żeby Judenrat bezinteresownie pomógł któremuś Żydowi (…). Do wykonania swoich niecnych czynów, jak ściąganie ogromnych podatków i nałożonych kontrybucji, łapanie do łagrów i napadów na domy żydowskie, Judenraty używały swojej Ordnungsdienst, której dawali procent z łupu, a ci ludzie w liczbie dziesięciu-piętnastu napadali na ludzi, bijąc w okrutny sposób, niszcząc i rabując, cokolwiek się dało, i to ze straszną bezwzględnością”.   (B. Milch, „Testament”, Warszawa 2001, s. 106-107).
W tej samej książce Milcha  na stronie 126-127 czytamy: „Judenrat załatwił z tymi mordercami, że do trzech godzin dostarczy im żądane trzysta osób. Sami Żydzi  musieli łapać i wydawać braci i siostry w ręce katów, którzy stali na placu folwarku, obok naszego mieszkania, i przyprowadzonych przyjęli pałkami albo nahajkami, a później wywieźli na rzeź do Bełżca (…) Judenratowcy i Ordnungsdienst, przy pomocy ukraińskiej policji i kilku Niemców, którym jeszcze zapłacono, by prędko pracowali, gonili po ulicach, jak wściekłe psy czy opętańcy, a pot się z nich lał strumieniami (…). Straszny to był widok, jak Żyd Żyda prowadził na śmierć (…)”.
Znany kronikarz warszawskiego getta Emanuel Ringelblum tak pisał o żydowskiej policji, o której roli w holocauście wielu historyków żydowskich jednak „zapomina”: „Policja żydowska miała bardzo złą opinię jeszcze przed wysiedleniem. W przeciwieństwie do policji polskiej, która nie brała udziału w łapankach do obozu pracy, policja żydowska parała się tą ohydną robotą. Wyróżniała się również straszliwą korupcją i demoralizacją. Dno podłości osiągnęła ona jednak dopiero w czasie wysiedlenia. Nie padło ani jedno słowo protestu przeciwko odrażającej funkcji, polegającej na prowadzeniu swych braci na rzeź. Policja była duchowo przygotowana do tej brudnej roboty i dlatego gorliwie ją wykonała. Obecnie mózg sili się nad rozwiązaniem zagadki: jak to się stało, że Żydzi – przeważnie inteligenci, byli adwokaci (większość oficerów [w policji żydowskiej – przyp. autora] była przed wojną adwokatami) – sami przykładali rękę do zagłady swych braci. Jak doszło do tego, że Żydzi wlekli na wozach dzieci i kobiety, starców i chorych, wiedząc, że wszyscy idą na rzeź (…). Okrucieństwo policji żydowskiej było bardzo często większe niż Niemców, Ukraińców, Łotyszy. Niejedna kryjówka została „nakryta” przez policję żydowską, która zawsze chciała być „plus catholique que le pape” [bardziej katolicka niż sam papież – przyp. autora]  by przypodobać się okupantowi. Ofiary, które znikły z oczu Niemca, wyłapywał policjant żydowski (…). Policja żydowska dała w ogóle dowody niezrozumiałej, dzikiej brutalności. Skąd taka wściekłość u naszych Żydów? Kiedy wyhodowaliśmy tyle setek zabójców, którzy na ulicach łapią dzieci, ciskają je na wozy i ciągną na Umschlag? Do powszechnych po prostu zjawisk należało, że ci zbójcy za ręce i nogi wrzucali kobiety na wozy (…)” (E. Ringelblum, „Kronika getta warszawskiego wrzesień 1939 – styczeń 1943”, Warszawa 1988, s. 426, 427, 428).
Baruch Goldstein, przed wojną współorganizator bojówek Bundu wspominając lata wojny, pisał bez ogródek: „Z poczuciem bólu i wstrętu wspominam żydowską policję, tę hańbę dla pół miliona nieszczęśliwych Żydów w warszawskim getcie (…). Żydowska policja, kierowana przez ludzi z SS i żandarmów, spadała na getto jak banda dzikich zwierząt.  Każdego dnia, by uratować własną skórę, każdy policjant żydowski przyprowadzał siedem osób, by je poświęcić na ołtarzu eksterminacji. Przyprowadzał ze sobą kogokolwiek mógł schwytać – przyjaciół, krewnych, nawet członków najbliższej rodziny. Byli policjanci, którzy ofiarowywali swych własnych wiekowych rodziców z usprawiedliwieniem, że ci i tak szybko umrą” (B. Goldstein, „The Star Bear Witness”, New York 1949, s. 66, 106, 129).
Klara Mirska, Żydówka, w swych wspomnieniach opisała w bardzo emocjonalnych słowach niegodziwości niektórych przedstawicieli środowisk żydowskich w czasie wojny. Opisała następującą historię obrazującą całkowitą znieczulicę Żydów, nawet wobec swoich bliskich: „Syn przewodniczącego Judenratu jednego z gett został skazany przez Niemców na śmierć. Przyprowadził go na egzekucję jego ojciec. On miał go powiesić w ciągu kilku minut. Gdyby tego nie uczynił, miał sam zostać powieszony. Taki niesamowity żart wymyślili Niemcy. Ojciec, któremu chęć pozostania przy życiu przysłoniła wszelkie uczucia miłości rodzicielskiej, zaczął poganiać syna. Czynił to na oczach rozbawionych Niemców i stojących w milczeniu przy tej scenie Żydów: „No, prędko rozbieraj buty! No, pośpiesz się, i tak ci nic nie pomoże”  (Wg K. Mirska, „W cieniu wielkiego strachu”, Paryż 1980, s. 447).
Bezwzględny osąd Judenratu i żydowskiej policji, zawarł w swoim dzienniku były dyrektor szkoły hebrajskiej w Warszawie Chaim A. Kaplan, gdzie nazwał wprost Judenraty „hańbą społeczności warszawskiej”, piętnując zbrodniczą działalność żydowskiej policji. Pisał w dzienniku: „Żydowska policja, której okrucieństwo jest nie mniejsze od nazistów, dostarczała do punktu przenosin na ulicy Stawki więcej niż było w normie, do której zobowiązała się Rada Żydowska (…). Naziści są zadowoleni, że eksterminacja Żydów jest realizowana z całą niezbędną efektywnością. Czyn ten jest dokonywany przez żydowskich siepaczy (Jewish slaughterers) (…). To żydowska policja jest najokrutniejszą wobec skazanych (…). Naziści są usatysfakcjonowani robotą żydowskiej policji, tej plagi żydowskiego organizmu (…). Wczoraj, trzeciego sierpnia, oni wyrżnęli ulice Zamenhofa i Pawią (…). SS-owscy mordercy stali na straży, podczas gdy żydowska policja pracowała na dziedzińcach. To była rzeź w odpowiednim stylu-oni nie mieli litości nawet dla dzieci i niemowląt. Wszystkich z nich, bez wyjątku, zabrano do wrót śmierci” (Por. “Scroll of Agony. The Warsaw Diary of Chaim A. Kaplan”, New York 1973, s. 384, 386, 389, 399). Na str. 231 swej książki Kaplan cytuje jakże gorzki ówczesny dowcip żydowski. Miał on formę krótkiej modlitwy: „Pozwól nam wpaść w ręce agentów gojów, tylko nie pozwól nam wpaść w ręce żydowskiego agenta”.
Tylko w warszawskim getcie służbę pełniło około 2500 żydowskich policjantów. W drugim co wielkości – getcie łódzkim było ich 1200, w getcie lwowskim zaś prawie 500. W skali całej okupowanej przez Niemców Polski mogło to być nawet kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Na co dzień członkowie Żydowskiej Służby Porządkowej dokonywali rekwizycji, łapanek i kierowali tysiące Żydów do transportów śmierci. Robili to z gorliwością i bezwzględnością niespotykaną wśród innych narodów. Czy może wśród cywilizowanych ludzi mieć miejsce takie zdarzenie, że ojciec i mąż wywleka swoją żonę i dwuletnie dziecko na pewną śmierć? A takie przypadki w gettach nie były wcale incydentalne. Ale byli także tacy, którzy nie zawahali się posłać na śmierć nawet swoich najbliższych. Anatol Chari – żydowski policjant w łódzkim getcie wepchnął do transportu śmierci swoją narzeczoną.
Calek Perechodnik – policjant w getcie w podwarszawskim Otwocku – umieścił w transporcie do Treblinki swoją żonę i dwuletnią córeczkę. Warto przytoczyć, co ten sam Perechodnik, skądinąd nienawidzący bez reszty Polaków, wypisywał na temat swych własnych kolegów z żydowskiej policji: „Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla policjantów żydowskich w Warszawie (…). Skamieniały im serca, obce stały się wszelkie ludzkie uczucia. Łapali ludzi, na rękach znosili z mieszkań niemowlęta, przy okazji rabowali. Nic też dziwnego, że Żydzi nienawidzili swojej policji bardziej niż Niemców, bardziej niż Ukraińców” (C. Perechodnik: „Czy ja jestem mordercą?”, Warszawa 1993, s. 112-113). Trzeba mieć specyficzne poczucie przyzwoitości i…Perechodnik je z pewnością ma.
Powyższe przykłady zaczerpnięte ze wspomnień samych Żydów pokazują, jaką rolę w eksterminacji Żydów odegrali sami Żydzi i nie były to jednostkowe przypadki, tylko zorganizowana i precyzyjnie administrowana działalność. A przecież dotychczas wspomniałem tylko o Judenratach i Judischer Ordnugsdienst, a przecież istniała również organizacja „Żagiew” i zorganizowane przez gestapo grupy tzw. „łapaczy”. O tym w następnych częściach.
Cdn.

 Ireneusz T. Lisiak 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza