sobota, 12 października 2013

Kolaboranci żydowscy w czasie II wojny światowej (cz.5)



Jest rzeczą znamienną, że tylko niewielka grupa żydowskich historyków (H. Arendt, Lucas, B.M. Rigg) gotowa jest zmierzyć się z problemem żydowskiej kolaboracji w czasie II wojny światowej.
A temat jest obszerny i bardzo bogato opisany w pamiętnikach samych Żydów, jak również w dokumentach jakie powstawały w żydowskich urzędach w gettach, gestapo czy pozostawionych przez organizacje konspiracyjne. Dziś przedstawię jedną z najbardziej spektakularnych akcji żydowskich prowokatorów w służbie okupanta niemieckiego wobec samych Żydów ukrywających się po aryjskiej stronie w Warszawie i okolicy. Jak doszło do „prowokacji w Hotelu Polskim”? Na przełomie 1941/1942 roku z inicjatywy szwajcarskich organizacji żydowskich rozpoczęto akcję dostarczania do Generalnej Guberni paszportów państw południowo amerykańskich z przeznaczeniem dla Żydów zamkniętych w gettach.
Akcja Żydów szwajcarskich , skupionych w Szwajcarskim Komitecie Ratunkowym zasadzała się na tym, że Żydzi – obywatele państw, z którymi Niemcy nie były w stanie wojny, nie podlegali wszystkim zarządzeniom władz okupacyjnych (zakaz opuszczania gett, przymus pracy etc.)-, a ponadto odbywały się już wymiany posiadaczy takich dokumentów na jeńców niemieckich internowanych przez aliantów w Palestynie. Upatrywano w tym szansę ratunku dla Żydów polskich. Najwięcej dokumentów przekazanych przez Żydów szwajcarskich dotarło do warszawskiego getta na przełomie 1942/1943 roku.


Niestety, większość adresatów tych dokumentów została zamordowana latem 1942 roku w Treblince po akcji wysiedleńczej. Przed ostateczną likwidacją getta warszawskiego owa niedoręczona poczta wpadła w ręce dwóch żydowskich kolaborantów – Leona Skosowskiego i Adama Żurawina, którzy w porozumieniu z gestapo postanowili zrobić z tych dokumentów użytek. Prowokacja była przygotowana wspólnie  przez Gestapo i żydowskich kolaborantów, ale realizowali ją głównie żydowscy kolaboranci pod kierownictwem Leona Skosowskiego. Pewną, niechlubną rolę odegrała też w tej prowokacji powiązana z NKWD komunistyczna ekipa infiltrująca polskie podziemie niepodległościowe pod kierownictwem Bogusława Hrynkiewicza pseud. „Aleksander”. W 1943 roku Hrynkiewicz podjął współpracę z oficerem gestapo Wolfgangiem Birknerem, z którym opracował plan przejęcia archiwum Delegatury Rządu na Kraj, Poza działalnością wymierzoną w struktury niepodległościowe zajmował się Hrynkiewicz pospolitym bandytyzmem.
Porucznik Leszek Kistelski, przed wojną oficer rezerwy i jeden z organizatorów obrony stolicy, członek organizacji „Miecz i Pług” zeznał po wojnie: „Na przestrzeni pierwszej połowy 1944 r. Hrynkiewicz dokonał szeregu napadów rabunkowych”. Celem napadów byli ludzie, którzy nie mogli się poskarżyć, nie mogli nigdzie szukać sprawiedliwości – bogaci Żydzi ukrywający się w Warszawie. Wcześniej komuniści organizowali im kryjówki, stąd bandyci mieli dokładnie rozeznanie sytuacji i znali miejsca pobytu swoich ofiar. Hrynkiewicz nie był wyjątkiem wśród działaczy komunistycznego podziemia, którzy do walki z okupantem jakoś szczególnie się nie palili, za to bardzo chętnie współpracowali z niemieckimi służbami dążąc do rozbicia struktur Polskiego Państwa Podziemnego i napełnienia własnej kieszeni zrabowanym dobrem. Ale powróćmy do „operacji „Hotel Polski”.
Celem operacji w Hotelu Polskim, który stanowił „centrum operacji”, była chęć zagrabienia majątku bogatych Żydów, którzy znaleźli schronienie po aryjskiej stronie. Grupa Skosowskiego rozpowszechniła wśród Żydów  informację, że Gestapo wyraziło zgodę na opuszczenie przez pewną, dość jednak liczną grupę Żydów okupowanej Polski, bowiem mieli oni być wymienieni na obywateli niemieckich „internowanych” w kilku krajach Ameryki Południowej (zob. I. Trunk, Judenrat, “The Jevish Councils in Eastern Europe under Nazi Occupations”, New York 1972, ss.552-553).
Skosowski i jego ludzie pokazywali „kandydatom” na wymianę listy dziękczynne jakie otrzymali od  pierwszej grupy Żydów z obozu internowania w miejscowości Vittel we Francji (Vichy). Cała prowokacja i jej uwiarygodnienie polegało na tym, że pierwsza grupa Żydów rzeczywiście otrzymała paszporty i… dojechała do Vittel, a stamtąd dalej. W rezultacie „wywabiono” z ukrycia około 3500 osób żydowskiego pochodzenia (niektóre źródła podają liczbę 2500-3000 osób), które z całym swoim majątkiem (kamienie szlachetne, złoto, waluty, akcje itp.) zjawiła się w „konspiracyjnie” sterowanych grupach w Hotelu Polskim, gdzie płacili oczywiście bardzo sowicie za „paszporty i bilety na statek do Ameryki Południowej”, następnie przewożono ich autobusami poza Warszawę, gdzie w sposób brutalny i poniżający (penetracja naturalnych otworów w ciele kobiet i mężczyzn, połączona z gwałceniem kobiet przez ludzi Skosowskiego, którzy rekrutowali się ze społeczności żydowskiej), zostali okradzeni z pozostałego majątku.
Ta prowokacja miała miejsce po upadku Powstania w Getcie w sierpniu 1943 roku. Oczywiście nigdy już nie zobaczyli Ameryki Południowej, bowiem wszyscy zostali wyekspediowani do Auschwitz. Ten epizod został przedstawiony dopiero niedawno w serialu „Czas honoru”, ale pominięto tam rolę kolaborantów żydowskich.
Masowe, jak na warunki konspiracji, opuszczanie przez Żydów kryjówek po aryjskiej stronie wzbudziło zainteresowanie wywiadu AK powodami, dla których tak się działo. Wywiad AK ustalił, że rzeczywiście pierwszy transport trafił do obozu internowania w Vittel we Francji (Vichy), gdzie oczekiwali na wyjazd do Ameryki Południowej. Ale ustalono także, że później nie dotarła tam już żadna grupa Żydów z Polski, (Żydów z Hotelu Polskiego umieszczano też  w Bergen-Belsen, skąd wyekspediowano ich później do Auschwitz). Ustalono natomiast, że wszystkie następne grupy kierowano do Auschwitz. Po ustaleniu tych faktów ponad wszelką wątpliwość kpt. Bolesław Kozubowski, szef kontrwywiadu AK Okręgu Warszawa uzyskał od płk Chruściela zgodę na likwidację grupy Skosowskiego.
Grupa kpt. Kozubowskiego zlikwidowała Leona Skosowskiego 1 listopada 1943 roku w restauracji na rogu Marszałkowskiej i Nowogrodzkiej. Następnie w ciągu trzech dni dokonano likwidacji 14 żydowskich kolaborantów z grupy Skosowskiego, w różnych lokalach, gdzie się ukryli, m.in. przy ul. Solec 70. W lokalu przy ul. Solec 70 w momencie wejścia grupy likwidacyjnej odbywała się „narada” 7 członków bandy Skosowskiego, którzy brali udział w prowokacji w Hotelu Polskim. Niestety, nie udało się zlikwidować Koeniga, który uciekł i po wojnie, mieszkając w Szwajcarii „opluwał” polskich harcerzy, którzy na polecenie dowództwa AK prowadzili obserwację członków bandy Skosowskiego (zob. I. Trunk, „Judenrat, The Jevish Councils in Eastern Europe under Nazi Occupations”, New York: Macmillan, 1972 – zeznanie uczestnika zamachu na Skosowskiego Janusza W. Cywińskiego oraz harcerki z grupy inwigilacyjnej Marii Ossowskiej).
Zamach na Skosowskiego 1 listopada 1943 roku nie był pierwszą próbą zlikwidowania tego kolaboranta. Wcześniej, bo już  21 lutego 1943 zamachu dokonał 15 osobowy pododdział ŻZW pod komendą Pawła Frankla („Zygmunt”). Bojowcy wtargnęli do mieszkania Mietka Rosenberga przy Świętojerskiej 38, gdzie odbywała się narada grupy żydowskich konfidentów Gestapo. Czterech agentów zastrzelono, ale niestety Skosowski został tylko ranny i udało mu się zbiec. Zlikwidowano wtedy następujących żydowskich agentów gestapo: Pawła Włodowskiego, Areku Weintrauba, Chaima Mangelu i Lidię Radziejowską. Dnia 28 kwietnia 1943 roku na ul. Warmińskiej zlikwidowano Luftiga – Żyda, agenta gestapo, który pracował jako tłumacz w warsztacie kolejowym na Pradze.   (Zob.: Chaim Lazar Litai, „Muranowska 7. The Warsaw Ghetto Rising” (Tel Aviv 1966, ss. 194–195). Lazar Litai oparł się na zeznaniu Bronisława Mirskiego-Frydmana (nr 5006) oraz na anonimowym wspomnieniu (nr 2815) znajdującym się  w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie.)
Trzeba także podkreślić, że wykonywanie wyroków śmierci na konfidentach żydowskich nie było przejawem antysemityzmu Polaków, jak usiłują to obecnie „wcisnąć” młodym Polakom do głów lewackie media i nieuczciwi historycy. Oto co na ten temat pisze Tadeusz Bednarczyk w swojej książce p.t. „Życie codzienne w warszawskim getcie”:
„Wykonywanie wyroków odbywało się na podstawie materiału dowodowego, zebranego przez sekcje śledczą i dostarczanego sądowi ŻZW. Sąd ŻZW składał się z wybitnych prawników, był całkowicie niezawisły i samodzielny w ramach narodowej odrębności. W ten sposób Żydzi samodzielnie, we własnym zakresie walczyli o morale getta i usuwali zło. Jeśli zapadł wyrok śmierci, podlegał on jednak zatwierdzeniu przez komendanta ŻZW i dopiero wówczas mógł być wykonany. (…)  Chociaż akcje ŻZW i ŻOB (Żydowskiej Organizacji Bojowej) mobilizowały ludzi zdrowych moralnie, to jednak nie przełamały otępienia i zastraszenia ogółu społeczności getta. Bazując na takiej postawie Żydów „Żagiew”, nie została „niestety ” rozbita doszczętnie. Wszelkiego rodzaju uderzenia ŻZW w tę organizację miały szczególne nasilenie po akcji styczniowej 1943 roku i trwały aż do samego powstania w getcie. W czasie powstania udało się żołnierzom ŻZW i ŻOB dopaść i zlikwidować jeszcze kilku zdrajców, lecz dużo ich zostało (…)”.
Jak z powyższego widać, działał w warszawskim getcie Podziemny Sąd Żydowski, który rozpatrywał sprawy rozpracowane przez wywiad Żydowskiego Związku Wojskowego. Ale sprawa z paszportami rozgrywała się nie tylko w Warszawie. Szwajcarski Komitet Ratunkowy przesłał także uzyskane od rządu Panamy paszporty do getta na Górnym Śląsku. Oto co pisze na ten temat Reb Moshe Shonfeld w „The Holocaust Victims Accuse” Naturei Karta str.122 „Za zło, które Merin [Meryn, przewodniczący Judenratu na Górnym Śląsku – przyp. autora], Moshe Shonfeld używa pisowni nazwiska Merin),spotkał go tragiczny koniec, zdechł jak przystało na zdrajcę. Komitet Ratunkowy Stembucha (Vaad Hatzalah) dostał za duże pieniądze kilkanaście paszportów z krajów Ameryki Łacińskiej, większość z Panamy. Posiadaczom tych paszportów kraje wystawiające gwarantowały bezpieczeństwo i wymagały tego od Niemców. W szczycie deportacji [do Auschwitz – przyp .aut.], Merin listem ostrzegł Szwajcarię, że jakakolwiek przyszła komunikacja będzie możliwa tylko za jego pośrednictwem. Okazało się później, że jego gniew spowodowany był tym, że nie było jego nazwiska na listach ludzi obdarzonych paszportami i to było powodem, że zadenuncjował… tych ludzi na gestapo [zadenuncjował tych, którzy otrzymali paszporty – przyp. autora]. Wszyscy zostali wysłani do Oświęcimia. Jednakże tu nastąpiła interwencja ambasad. Niemcy wściekli na Merina, że spowodował międzynarodowy skandal wysłali jego samego do Oświęcimia sześć tygodni przed całkowitą  likwidacją Żydów na Górnym Śląsku”.
Żydowscy policjanci i kolaboranci stanowili dużą część wśród uratowanych z holocaustu. Ironią losu nazwać musimy, że uratowali się m.in. ci, którzy stanowili najgorszy i najpodlejszy moralnie element pośród ówczesnych Żydów; ci właśnie ludzie, którzy dorobili się na rabowaniu swych rodaków w momentach ich największego zagrożenia. „Wśród Żydów, którym pomogło przeżyć posiadanie znaczniejszych funduszy, byli i dawni funkcjonariusze policji żydowskiej, a nawet sławnej ekspozytury gestapo w getcie. Ci ludzie bowiem obłowili się podczas akcji wysiedleńczej. Trudno tu podać jakiekolwiek ścisłe dane liczbowe. Mogę jedynie powtórzyć stwierdzenie dwóch byłych policjantów, którzy po wojnie, w mojej obecności, mówili, że uratowało się co najmniej 200 ich kolegów” (Stefan Chaskielewicz, „Ukrywałem się w Warszawie. Styczeń 1943 – styczeń 1945”, Kraków 1988, s. 191-192).
I właśnie ci byli policjanci żydowscy i agenci gestapo stanowili najbardziej niebezpieczną dla ukrywających się Żydów grupę, która znana jest pod nazwą „łapaczy”. Stanowili oni także śmiertelne niebezpieczeństwo dla konspiracji ratującej Żydów i dla konspiracji jako całości, bez względu na orientację polityczną. O nich w następnej części.
Cdn.
Ireneusz T. Lisiak

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza