poniedziałek, 16 lipca 2012

Wyrok zapadł bez dowodów

Za: http://www.naszawitryna.pl

Prawie trzy lata trwało śledztwo w sprawie wydarzeń, które umownie nazywane są "sprawą Jedwabnego". Przypomnijmy, co wiemy o tym wydarzeniu: 10 lipca 1941 roku doszło w godzinach popołudniowych do spalenia w miejscowej stodole części żydowskich mieszkańców tej miejscowości. Co do tego faktu panuje pełna zgodność i nikt go nie kwestionuje. Ale dalej nie wiemy tego, co najbardziej istotne: jak do tego doszło, albowiem rola Niemców nie została do końca wyjaśniona. Wiemy, że byli na miejscu zbrodni - kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu? W Jedwabnem mieścił się posterunek niemieckiej żandarmerii, którzy stale byli w miasteczku. Rano miała przyjechać tam grupa gestapowców. Liczne relacje mówią natomiast, że tego dnia zajechały niemieckie ciężarówki i że Niemców było kilkudziesięciu czy nawet stu kilkudziesięciu. Tak było bowiem w sąsiednich miejscowościach.

Nie wiemy do dziś, ile było ofiar. Jan Tomasz Gross, autor wielce nieprofesjonalnej opowieści o Jedwabnem ("Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka") uważa, że było to 1600 osób. Podobne były również "ustalenia" PRL-owskiego śledztwa i procesu z 1949 roku. Taka liczba pojawia się w licznych zeznaniach i relacjach, figurowała ona także do niedawna na obelisku wzniesionym na miejscu stodoły przez miejscowy ZBoWiD (dokładnie 1640). Światowe media, a także niektórzy "świadkowie" ze strony żydowskiej podnosili liczbę ofiar do 2 tysięcy lub nawet więcej. Utrwaliła się jednak - i to chyba na długo - magiczna liczba 1600 osób [od red. NW: inny "świadek" Grossa - Menachem Finkelsztajn określił liczbę ofiar zgoła na 3300]. I choć ustalenia dotychczasowego śledztwa oraz odnalezione dokumenty o liczbie żydowskiej ludności Jedwabnego (jeszcze przed wkroczeniem Niemców na te tereny, co miało miejsce po 22 czerwca) pozwoliły wielokrotnie zmniejszyć tę liczbę, nie ma to żadnego wpływu na propagandę towarzyszącą tej sprawie od samego początku.


IPN przyjął w końcowych ustaleniach, że w stodole spalono "co najmniej 300 osób" oraz "co najmniej 40 innych zabito wcześniej w nieustalony sposób". [od red. NW: patrz Zdjęcia z 'ekshumacji', czyli manipulacji IPN-u ciąg dalszy]

Niejasności i sprzeczności

Nie wiemy ostatecznie, w jaki sposób zginęli miejscowi Żydzi. Fakt spalenia części z nich nie ulega wątpliwości. Ale były dwie grupy, które ginęły w tym samym miejscu, choć w różnym czasie. Rozbieżności co do okoliczności śmierci pierwszej, kilkudziesięcioosobowej grupy (z miejscowym rabinem na czele) są ogromne. Znaleźli się bowiem "świadkowie", którzy widzieli (oczywiście "naocznie"), że to miejscowi Polacy mordowali ich długimi, rzeźnickimi nożami i wskazywali dokładnie miejsce ich pochówku. Pojawił się także wątek związany z odnalezieniem na miejscu kaźni łusek karabinowych i nabojów, co mogło wskazywać, że przynajmniej część ofiar zginęła w wyniku egzekucji.
Opinia publiczna, a także historycy i publicyści podzielili się na dwie grupy: jedna z nich, znacznie głośniejsza i mająca nieograniczony dostęp do mediów, uważa, że wina "strony polskiej" jest bezsporna, a wszelkie głosy sprzeciwu są szkodliwe i trącą antysemityzmem. To zaś, jak wiadomo, najgroźniejszy ze współczesnych zarzutów. Grupa druga, z ograniczonymi możliwościami wypowiedzi, sądzi, że konieczne jest pełne wyjaśnienie sprawy, że więcej jest niejasności i sprzeczności, a to, co jakoby "wiadomo", wcale wiadome nie jest.
Po prawie trzech latach sporów i pseudodyskusji - w której na ogół wypowiadały się osoby nie mające żadnego pojęcia o tej sprawie, które nie przeczytały żadnego dokumentu z nią związanego i które wielokrotnie dały dowody, że samodzielne, krytyczne myślenie jest dla nich dość trudne - nastąpiła cisza. Jest ona jednak pozorna. Za każdym razem, gdy sprawa odżywa, podnosi się też związany z tym rwetes, co sugeruje, że nie wszystkim zależy na dotarciu do prawdy i wyjaśnieniu wszystkich okoliczności. Mimo upływu czasu (ponad 60 lat) zrobić można jeszcze dużo, w każdym razie więcej, niż dotychczas zrobiono.

Zaciemnianie prawdy

Do tej pory wyrządzono całej sprawie wiele szkód. Nałożenie się płaszczyzny politycznej stosunków polsko-żydowskich, dyskusji moralnej i pseudomoralnej, warstwy historycznej oraz prawnej, wynikającej z toczącego się śledztwa wprowadziło bardzo wiele zamieszania. Ustalone fakty pomieszały się z tym, co całkiem niesłusznie za fakty jest brane. Zeznania świadków zrównane zostały z wynurzeniami osób, które nie były tam i nic nie widziały. Dokumenty wielkiej wagi przytłoczone zostały papierkami nic w istocie niewnoszącymi, ale skutecznie zaciemniającymi tło i okoliczności. Do tego skandaliczna broszura J.T. Grossa, która jest po dziś dzień kanwą wszelkich rozważań, a która zawiera więcej błędów faktograficznych i merytorycznych, niż liczy stron! Jej autor nie chce ustąpić nawet na jotę także tam, gdzie gołym okiem widać absurdalność i nieprawdziwość jego wywodów. W zacietrzewieniu pomylił świadków z osobami postronnymi. Na przykład niejaki Migdał Całka, który w latach 30. wyemigrował do Montevideo, to... "żydówka [...], która uciekła podczas mordowania żydów w mieście Jedwabnem i wszystko widziała"; z protokołów przesłuchań trzech Laudańskich (ojca i synów) zamiennie brał imiona, dopasowując je do innych zeznań; tam, gdzie usiłował sprawdzać pewne okoliczności (a wbrew pozorom, czynił takie próby i zostawił ślady tych poczynań w archiwach) i wyniki były odmienne od jego oczekiwań, po prostu pomijał je milczeniem. Tak było choćby przy wątku biskupa łomżyńskiego Stanisława Łukomskiego (który według zeznań niektórych Żydów miał brać "łapówki" za udzielenie im pomocy, z czego rzekomo się nie wywiązał). Gdy okazało się, że biskupa w ogóle nie było w tym czasie w Łomży, Gross zaprzestał dalszych dociekań, zatrzymując się na pomówieniach. I tak dalej...
Po dłuższym czasie Gross doszedł do wniosku, że jakiekolwiek wyjaśnianie sprawy nie ma sensu, a on wszystko wie lepiej. W jednym z wywiadów dla prasy światowej stwierdził bowiem, że miał... objawienie i wszystko było tak, jak to opisał. Wsparła go w tym Agnieszka Arnold w dwuczęściowym filmie pod tym samym tytułem ("Sąsiedzi"), w którym wstrząsające wyznania naocznych świadków, stojących na miejscu kaźni i opowiadających, jak to się stało i kim byli sprawcy - miały nie pozostawiać wątpliwości. Te pojawiły się dopiero później, gdy świadkowie okazali się fałszywi, ale film zdążył już dostać nagrodę i poszedł w świat. O to przecież chodziło.

Kłamstwo poszło w świat

Źle się stało, że sprawa Jedwabnego od początku została zagadana i zakrzyczana przez pseudoautorytety i pseudoelity. Tysiące artykułów, wypowiedzi, wywiadów, oświadczeń, złożonych w tej sprawie przez osoby publiczne i przez tych, którzy mieli dzięki temu nadzieję na upublicznienie swej osoby, doprowadziły do pokrycia szlamem tego, co było istotne, ważne i mogło nas przybliżyć do prawdy. Byli więc tacy, którzy pośpiesznie wzywali do "przyznania się" strony polskiej, bo jakoby lada chwila zostanie odnaleziony rzekomy niemiecki film (!) i cały świat to zobaczy.
Sprawie nadano znaczenie "narodowe" - bez przedstawienia żadnych dowodów sprawcami zostali obwołani Polacy w ogóle, a ofiarami stali się "wszyscy Żydzi" z Jedwabnego. Mord miał być popełniony z niezwykłym okrucieństwem, a jednym z jego motywów - oprócz oczywiście "polskiego antysemityzmu", podbudowanego religią - miała być chęć grabieży dóbr materialnych.
Nie ulegało wątpliwości, że sporo może wyjaśnić ekshumacja, która w każdym tego typu postępowaniu jest czynnością rutynową. Zwlekano z tym długo, aż wreszcie do niej doszło. Jej wstępne wyniki przeszły wszelkie oczekiwania i być może dlatego tak szybko, jak tylko się rozpoczęła, na wniosek środowisk żydowskich została przerwana. Przypomnijmy zatem to, co dzięki niej wiemy. Ofiar - według wstępnych ustaleń - było około 200. Taką liczbę podał na gorąco ówczesny minister sprawiedliwości Lech Kaczyński. [od red. NW: jest to liczba zdecydowanie zawyżona, na potwierdzenie której IPN nie opublikował jakichkolwiek miarodajnych zdjęć, a te które opublikował wskazują jedynie nieliczne pojedyncze kości i w żaden uczciwy sposób nie mogą uzasadniać szacunkowej liczby 200 ofiar] Na miejscu były również liczne łuski i pociski. Najważniejszy był jednak fakt, że w obrębie spalonej stodoły odnaleziono groby grupy kilkudziesięciu Żydów zgładzonych wcześniej (zostali oni przywaleni pomnikiem Lenina i pogrzebani), a na ich miejscu spalono następnie pozostałych. Znane nam dotychczasowe szczegóły od "bezpośrednich świadków" o oddzielnym miejscu pochówku osób pędzonych przez Niemców z pomnikiem Lenina i zgładzonych w okrutny sposób przez Polaków legły całkowicie w gruzach. A - przypominam - ten motyw był istotną kanwą filmu Agnieszki Arnold. Do tego wyjaśniła się sprawa rzekomych grabieży: przy szczątkach ofiar znaleziono wystarczająco dużo złotych ozdób, obrączek i monet, aby całkowicie wykluczyć wersję o obdzieraniu żywych i martwych Żydów z wszelkich kosztowności.

Umorzenie śledztwa

Przerwanie ekshumacji nie pozwoliło na pełne wyjaśnienie stanu faktycznego. Liczba ofiar (później nieco zwiększona, czyli "doszacowana" do około 340 osób), jest tylko szacunkiem. Równie dobrze można twierdzić, że ofiar było 400, jak i 200, i niewiele z tego wynika. Mało wiemy o okolicznościach śmierci ofiar. Wielomiesięczne ekspertyzy i badania doprowadziły, wbrew początkowym ustaleniom, do wniosków, że łuski i naboje znalazły się tam przypadkowo i pochodzą z innych okresów historycznych. [od red. NW: prowadzący tę częściową ekshumacje prof. A. Kola ujawnił w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" z dnia 10.07.2001, iż na niektórych łuskach widniała data produkcji 1939 oraz że były one przemieszane ze zwlokami na głębokożci około 60 cm] Chodzi jednak o powierzchnię zjawiska - bo głębi grobów nikt nie zbadał. I choć natychmiast po przerwaniu ekshumacji pojawiły się liczne protesty (w tym znaczących osobistości życia polonijnego w USA i Kanadzie), sytuacji to już nie zmieniło.
Umorzenie śledztwa zostało więc przesądzone. Ci, którzy byli bezkompromisowymi zwolennikami tez J.T. Grossa, zawartych w jego broszurze, mogli poczuć ulgę zadowolenia. Przerwanie ekshumacji pozwoliło im trwać na dotychczasowych pozycjach, a wszelkie sugestie odnośnie do "szczegółów" (są nimi liczba ofiar i okoliczności ich śmierci) spokojnie bagatelizować. Tak zresztą robi sam Gross, trudno zatem dziwić się jego zwolennikom. Ci zaś, którzy mieli od początku poważne wątpliwości, wynikające ze sprawdzania szczegółów i pojawiających się kolejno wątków (na tym przecież opiera się praca prawnika czy historyka) - mają je nadal. Umorzenie śledztwa pozostawia je więc w takim stanie, w jakim było na początku, czyli na poziomie ustaleń stalinowskiego sądu z 1949 roku, choć jest ono obecnie uszczegółowione i "poprawione" w wielu miejscach, obudowane nową, nieznaną wówczas dokumentacją i argumentacją.

"Zmuszeni pod terrorem"

Z ustaleń obecnego śledztwa nie wiemy, czy Niemcy byli w Jedwabnem do końca i jaka była ich rola. Nie wiemy, czy faktycznie odbyła się osławiona "narada" gestapo z jakimiś władzami miasteczka (i czy w ogóle były wówczas jakieś "polskie" władze oraz kto je powołał), a także czy zapadły na niej jakieś ustalenia odnośnie do zamordowania wszystkich Żydów, w czym strona "polska" przejawić miała szczególną inicjatywę i narzucić swoją wolę Niemcom! Nie wiemy tak naprawdę, ilu faktycznie było świadków wydarzeń (z licznych pojawiających się w sprawie zeznań i relacji tylko niektóre dadzą się zweryfikować pozytywnie w szczegółach, olbrzymia ich większość tak naprawdę jest bezwartościowa).
Wyrokiem stalinowskiego sądu w 1949 roku grupka mieszkańców Jedwabnego została skazana nie za popełnienie tej zbrodni, lecz za pomoc udzieloną Niemcom - tyle, że jak wówczas ustalono: "oskarżeni zmuszeni byli do udziału pod terrorem". Nie wiemy do końca, jaką rolę w całej sprawie odegrali fałszywi świadkowie: Eliasz Grądowski (który w tym czasie przebywał na Syberii, zesłany tam przez Sowietów za kradzież patefonu) i Abram Boruszczak, który nigdy w Jedwabnem nie był. Złożyli oni w śledztwie fałszywe, podobne w treści obszerne zeznania, wymieniając całą listę rzekomych "sprawców", na rozprawę już jednak nie przybyli. Miało to niewątpliwie związek z prowadzonymi na szeroką skalę działaniami związanymi z handlowaniem mieniem żydowskim. Ten wątek także pojawił się podczas rozprawy, ale został zbagatelizowany. Mówił o tym w swych zeznaniach Józef (Izrael) Grądowski, przedwojenny prezes gminy żydowskiej w Jedwabnem: "Eliasz Grądowski chciał pieniędzy od oskarżonych, oni nie dali mu, to on ich oskarżył, a ci ludzie są niewinni".
Jakieś machinacje z tym związane są także w przypadku "wyciągu" zeznania Szmula Wasersztajna, przesłanego w styczniu 1948 roku do sądu przez Żydowski Instytut Historyczny. "Wyciąg" jest potwierdzony pieczęcią okrągłą ŻIH jako zgodny z oryginałem, który zawiera 14 nazwisk osób, które według Wasersztajna odznaczyły się szczególnym okrucieństwem. "Wyciąg" zaś jest w tym zakresie dłuższy od oryginału i zawiera już... 16 nazwisk. Podobnie jest też z listą ofiar z Jedwabnego, opublikowaną po angielsku w "Sefer Jedwabne" w 1980 roku. Zawiera ona również dane osób, które przeżyły te wydarzenia, między innymi wspomnianego wyżej Józefa (Izraela) Grądowskiego.
Zapewne już nigdy nie dowiemy się całej prawdy. Wbrew oczekiwaniom, nie przyczyni się do tego także zapowiadana publikacja "wszystkich dokumentów śledztwa" liczących 34 tomy, nie wiadomo bowiem, kiedy to się stanie. IPN stwierdził, że "nie wykryto innych sprawców zbrodni niż ci, którzy już za to odpowiedzieli przed polskim sądem po wojnie". Praktycznie nie ma szans, aby kiedykolwiek jeszcze można było powrócić do tej sprawy. Prezydent przeprosił, w świat poszły już "objawienia" Grossa i zostały wystarczająco mocno utrwalone. I choć nie mają pokrycia w rzeczywistości, ich kwestionowanie będzie "niepoprawne politycznie". Należy się zatem liczyć z tym, że będzie coraz mniej odważnych do popełnienia takiego przestępstwa i narażenia się na wiadomy zarzut. Ale może warto poczekać na prawdę? Nie zawsze doraźny interes powinien górować nad wartościami.

Podkreślenia w tekście pochodzą od redakcji Naszej Witryny

Leszek Żebrowski, Nasz Dziennik, 2003-07-16

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza